7.
Wania jedzie ostatnim trolejbusem na lewy brzeg Kijowa.
Znajdę złotą kopiejkę, myśli Wania, przyniosę jutro, kiedy będą ją wypisywać ze szpitala i ona sama wszystko zrozumie. Wysiada w alei Majakowskiego, w pobliżu supermarketu Kraj. Patrzy na zegarek – niedługo północ.
Dlaczego kobietom wszystko trzeba wyjaśniać, myśli Wania. Dlaczego one nie mogą same wszystkiego zrozumieć? Nierozgarnięte jakieś.
Siada na krawężniku, żeby sobie przypomnieć, gdzie dokładnie stała Halszka w momencie, gdy ją potrącił. Na drodze pusto. Świecą się dwie uliczne latarnie przy przejściu podziemnym i pojedyncze okna w okolicznych blokach.
Dziwne, myśli Wania, że tu teraz tak głucho. Przecież dopiero dwunasta.
Wyjmuje z kieszeni latarkę, którą przezornie zabrał z domu. Trzeba ją nieustannie ściskać w dłoni, żeby maleńka lampka w środku się zaświeciła.
Szukaj wiatru w polu, myśli Wania, rozglądając się dookoła z latarką w ręce.
Droga jest czysta, aż błyszcząca, żadnego kamyka czy papierka, nigdzie nie leży żadne opakowanie po czipsach czy plastikowa butelka.
Może tu wszystko posprzątano, nagle przychodzi Wani do głowy. Może tu codziennie sprzątają?
Przez głuchą ciszę niespodziewanie przebija się dźwięczne, aż budzące grozę, brzęczenie. Jakby coś metalowego spadło z wysoka na asfalt i potoczyło się.
To ona – złota kopiejka, myśli oszołomiony Wania, bojąc się odwrócić w stronę, skąd dochodzi dźwięk. Kto nią rzuca? Skąd ona się wzięła? Cuda się dzieją!
( Читати далі )
6.
Wania wsłuchuje się w męski głos kanału 24. Czasami męski głos czyta wiadomości na zmianę z kobiecym, i ten kobiecy też Wani się podoba.
Kizi-mizi, myśli Wania, proszę, jak ze sobą flirtują.
W ciągu ostatniego roku na Ukrainie pogłowie rogacizny zmniejszyło się o trzydzieści procent.
W zoo w Manili koale nie mają co jeść. Cztery eukaliptusy, których liśćmi żywiły się koale, z nieznanych przyczyn jednocześnie uschły. Żeby wyrosły nowe eukaliptusy potrzeba minimum sto lat.
Wania leży na łóżku i próbuje się zdrzemnąć. Pierwszy raz od długiego czasu jest mu w domu dobrze. Nie odczuwa ani strachu, ani niepokoju. Miniaturowa sokowirówka spoczywa uroczyście na stole w kuchni, i Wania dobrze widzi ją z łóżka. Sokowirówka sprawia, że robi mu się ciepło na sercu.
Niepokojące Wanię dzienne demony, jak zawsze, szeleszczą pelerynami po kątach pokoju, ale Wania się ich nie boi. Przeciwnie, ich obecność sprawia mu przyjemność.
– Teraz nie jest wam już tak smutno, co? – pyta Wania.
– Już nie, – szepczą dzienne demony. – Nie jest nam smutno.
– To porozmawiajmy wreszcie jak ludzie! Kim jesteście? Skąd przyszłyście?
– Przyszłyśmy z pustyń, – szepczą demony.
– Wiedziałem! I jak tam jest?
– Gorąco. Bardzo gorąco. A w nocy zimno.
– Biedaczyska, – cmoka współczująco Wania. – A są skorpiony na pustyniach?
– Jest dużo skorpionów.
– A wielbłądy?
– Wielbłądy też są. Dwugarbne i jednogarbne.
– Wielbłądy na pewno są duże, – rozmyśla Wania.
– Duże, – potwierdzają dzienne demony, – w tym pokoju tylko jeden by się zmieścił. Ale nie przeszedłby przez drzwi.
– No popatrz!
( Читати далі )
5.
– Znalazł pan ją?
– Wie pani, ciągle nie było czasu, w pracy miałem nawał roboty. Ale obiecuję na dniach tam zaglądnąć.
Halszka jest rozczarowana. Może już siedzieć. Na prawym policzku widnieje gigantyczny nabrzękły siniak.
– Niech się pani nie martwi, – terkocze Wania, – jeśli kopiejka naprawdę była tam, na drodze, to wątpliwe, czy ktoś znajdzie ją wcześniej. Tam cały czas jeżdżą samochody. Zwariowany ruch. Kto będzie chodził w dzień po drodze? A w nocy nie ma samochodów, za to kopiejki w ciemności tak łatwo się nie znajdzie. Trzeba wiedzieć, że ona tam jest. Pani, szczerze mówiąc, miała szczęście, że kopiejka się turlała. – I za chwilę dodał: – To straszne, że się turlała.
– W kółko przypominam sobie to wszystko, – mówi Halszka, – i rzeczywiście, nie mogę pojąć, dlaczego ona, ta kopiejka, się turlała. Ktoś musiał ją rzucić, prawda? Inaczej nie zaczęła by się turlać.
Wania kładzie na szafkę obok Halczynego łóżka siatkę z pomarańczami.
– Proszę, znowu Pani przyniosłem. Ale to nie te same!
Dlaczego on do mnie przychodzi, myśli Halszka, czego on chce?
– A nie przyglądała się pani kopiejce?
– Przyglądałam się, a jakże! Brodata głowa z profilu i rok 1899-ty!
– Tyle szczegółów... to też dziwne... jak pani mogła dostrzec rok produkcji? W ciemności...
– A właśnie, że dostrzegłam!
Wania w zamyśleniu potrząsa głową, rozważa coś.
– Wie pani, chcę kupić sobie sokowirówkę, – mówi niespodziewanie. – Lubię wyciskać soki.
– No tak. To bardzo zdrowo. Ale trzeba kupować dużo owoców.
– No co pani?! Już wszystko policzyłem. Na szklankę soku idzie jedna pomarańcza i jedno jabłko. Albo dwie pomarańcze. Albo dwa jabłka.
Czego on ode mnie chce? – myśli Halszka. Jakiś dziwak. Halszka boi się dziwaków.
– Sokowirówki na pewno są drogie...
– Nie takie znowu drogie, – ochoczo zaprzecza Wania. – Trzysta hrywien. Ale raz kupisz i będzie na całe życie!
Halszka wyobraża sobie miniaturowe urządzenie do wyciskania soków i swoje życie, i jak siedzi resztę tego życia za stołem i wyciska soki różnych kolorów do różnych szklanek. A potem miesza je, kosztuje i nie odczuwa żadnej radości.
( Читати далі )
4.
Maryna była operatorką dźwigu.
Wania przewoził betoniarkę do punktu B i od razu ją tam widział. Marynę w dźwigu.
Dźwig był dosyć wysoki, kabina szklana i przejrzysta. Wania mógł dojrzeć z ziemi jej zebrane w ogon włosy, usta pomalowane na jaskrawoczerwono, wełniany sweter pod szyję z second handu.
Wania stawał pod dźwigiem i patrzył się na Marynę, a ona patrzyła przed siebie. Nigdy z nim nie rozmawiała, i w końcu Wania nie oczekiwał już od niej słów. Wystarczało mu to, że potajemnie ją kochał.
Życie nabiera sensu, kiedy się kocha kogoś potajemnie.
Wania tak myślał.
Potajemna miłość nie przemija. Nie zadaje straszliwego bólu. Nie przynosi rozczarowań. Niczego nie wymaga w zamian i jeśli nie chcesz więcej kochać, jeśli się zmęczyłeś albo chcesz zwyczajnie zrobić przerwę, to możesz po prostu przestać i nic ci się nie stanie.
Przed snem Wania wyobrażał sobie Marynę i jak się gdzieś spotykają, jak rozmawiają ze sobą, jak się całują, a nawet więcej.
Ciekawe, czy Maryna się domyśla tego, że o niej myślę, zastanawiał się Wania.
Czuł się superbohaterem, supermanem, supercasanovą. Maryna, rzecz jasna, niczego się nie domyślała.
Punkt B cały był pokryty cementem. Dosłownie. Cementowy pył cienką warstwą pokrywał wszystko wokół. Wszystko było przyprószone i posrebrzone. Drzewa dookoła miały nie zielone, a szare liście. Wyglądały jak gigantyczne pamiątki, sprzedawane w sklepach przed Nowym rokiem i Bożym Narodzeniem. Ludzie, którzy pracowali w punkcie B, też chodzili przyprószeni cementem, Ich ubranie i twarz były szare. Brakowało im tylko oślich uszu, żeby przeistoczyć się w bajkowe gnomy, strzegące podziemnych skarbów. I tylko Maryna była kolorowa. Szklana kabina dźwigu chroniła ją przed cementowym pyłem i wydawało się, że Maryna przez pomyłkę trafiła ze świata żywych i szczęśliwych do czarno-białego filmu. Nie zauważyć jej było czymś niemożliwym. Nie zakochać się - też.
( Читати далі )
3.
Iwan Iwanowycz, a lepiej będzie, gdy nazwiemy go mniej oficjalnie – Wania, leży we wierzchnim ubraniu na swoim łóżku i myśli.
Wrócił do domu dopiero nad ranem.
Głowa mu pęka. Ręce i nogi jak z waty. W żołądku chorobliwie burczy.
Wania czuje się rozbity, wybity ze zwykłego rytmu życia. W ogóle wybity z życia. Czuje, że jest przestępcą
Wania przypomina sobie, że w kuchni zostało jeszcze kilka kopert z makiem, takich, jakie regularnie co tydzień kupuje w kiosku cukierniczym obok metra Mińska. Idzie do kuchni i zjada wszystkie, co do jednej, koperty.
Jak zjadasz jedną, to wydaje się, że koperty są smaczne, myśli Wania, a jak zjadasz wszystkie pod rząd, to dociera do ciebie, że tak naprawdę to tłuste i niejadalne paskudztwo.
W brzuchu zrobiło się gorzej, choć przestało burczeć.
Nudzi mnie, myśli Wania, ale co robić, trzeba położyć się spać, inaczej wybiję się z grafiku.
Wania spuszcza na okna wypłowiałe bordowe zasłony, i w pokoju ciemnieje.
Za oknem jeżdżą samochody, chodzą ludzie, biegają dzieci – tam, za oknem coś się dzieje, a ja mam iść spać, myśli Wania. Jak smutno spać w dzień!
Wania nastawia telewizor na kanał informacyjny 24. Wania lubi męski głos tego kanału. Lubi, jak ten głos beznamiętnie, cichutko sobie brzęczy. Wani szybciej i bardziej słodko się zasypia, kiedy słyszy ten głos.
Męski głos kanału 24 informuje, że w oceanie Atlantyckim zderzyły się dwa submariny. Tak właśnie mówi – submariny, a nie łodzie podwodne. Wania, leżąc w półmroku, uśmiecha się.
Submariny. Jakie śmieszne słowo. Jak marynowana skumbria. Albo po prostu skumbria. Albo Maryna.
Wania zamyka oczy i próbuje przypomnieć sobie Marynę. Przez ostatnie dwa lata Wania często tak robił. Przypominał sobie Marynę, i robiło się lżej. W klatce piersiowej kłuło, czy to od przyjemnych wspomnień, czy to od bólu utraty. Czasami wspomnieniami Wania doprowadzał siebie do łez. Czasami do erekcji.
Jednak teraz Wania nagle zrozumiał, że zupełnie już jej nie pamięta. Ani jej twarzy, ani jej zapachu, ani tego, jak mówiła i jak się ubierała. Nic z Maryny nie zostało.
Boże, jak smutno spać w dzień, myśli Wania.
( Читати далі )
2.
– Byłem bardzo głodny, – mówi Iwan Iwanowycz na trojeszczyńskim posterunku policji. – Byłem bardzo głodny, i to cała moja wina! Powinienem był się najeść, zanim usiadłem za kierownicą. To znaczy najadłem się, ale pewnie za mało. Wiedziałem, że to za mało. Bo kiedy pracujesz w nocy, czujesz zwierzęcy głód. Nie taki jak w dzień. W nocy mogę pożreć dzika z kopytami. To nie moja wina. Nie widziałem jej. Nie wiem, skąd ona się tam wzięła. Po cholerę stała na środku drogi?
Młodszy stopniem policjant jest zdenerwowany. Chce iść do domu, chce spać. Bo w nocy trzeba spać. Właśnie od tego jest noc, żeby spać. A ten kierowca betoniarki przetrącił jakiejś kobiecie ręce i nogi, a teraz nie chce zeznać, że to on zawinił. Wszystko gmatwa tym swoim głodem. A co ma z tym wspólnego głód?! Jaki znowu głód?! Co za ludzie! Aby się nażreć. Ponapychać sobie żołądki i leżeć gdziekolwiek, wsłuchując się w uspokajający chlupot własnych soków trawiennych.
– Porozmawiamy nie o tym, co pan jadłeś – mówi policjant, – tylko o tym, co pan piłeś.
– Niczego nie piłem! Ani kropli. Przysięgam!
– To wykaże ekspertyza.
– Jak chcecie, zamknę oczy i przejdę się po linii! Dotknę palcem wskazującym koniuszka nosa! Zrobię mostek! Szpagat poprzeczny!? Niczego nie piłem! Jestem trzeźwy jak niemowlę!
– Dlaczego usiadł pan za kierownicą betoniarki i dokąd pan jechał? – odzywa się od niechcenia starszy stopniem policjant.
( Читати далі )
Нетерплива ідея перекладу з'явилась завдяки розмові з ніктом про ласку повірити і тому, що і справді хотіло б ся так розмовляти з Богом. Тут і тепер лишається приємність розмови з Богданою Матіяш бо переклад і є розмовою. Розмовою з текстом, оскільки Авторку про її інтенції питати можна лише риторично і лишається їх відгадувати як уподобання Бога до консервованих персиків та довгоногих фламінго.
Авторка подарувала мені до того радість відкрити врешті чим є подорожник чим є сон-трава чим не є шипшина... (кладучи край лінивій романтиці здогадувань). Тому, і через пошану для рослинного світу з його індивідуумами, хочу зазначити що сироїжки насправді не opieńki, тільки gołąbki, а подорожник ніякий не żarnowiec, він просто ”babka”.
Bohdana Matijasz, Rozmowy z Bogiem (fragmenty)
3 (4)
ти бачиш як мені складно говорити з Богом я знаю його так
багато років а втім мені не вдається навіть називати його на ім’я
коли б ти запитав що він любить і чого не любить я би не змогла
відповісти тобі напевно мені довелося би щось відгадувати й ти
врешті сказав би дівчинко не вигадуй Бог не може любити
консервовані персики і не може не любити довгоногих фламінго
ти чуєш як я намагаюся говорити з Богом бачиш як часом ми йдемо
удвох до кав’ярні сідаємо біля вікна я знаю ти заходиш у крамницю
по той бік вулиці або спиняєшся біля газетного кіоску купуєш
ранкову газету й ніби читаєш останні новини а насправді
вивчаєш як я усміхаюся дивлячися йому в обличчя або як він
обіймає мене за плечі коли ми виходимо надвір і він наостанок
цілує мене в чоло каже гарного тобі дня моя дитино він говорить
що завжди називатиме мене дитиною навіть коли мені буде за вісімдесят
і коли може навіть і не залишиться поруч нікого хто міг би називати
мене на ти він усе одно називатиме мене дитиною ти бачиш як я
радію коли мені вдається ця розмова переказую своїм сестрам
десь увечері за чаєм від Бога вітання або пишу їм листи коли вони
далеко від мене ти бачиш як я сумую як починаю тужити коли він
довго не приходить ти тоді говориш що він не може приходити
завжди коли мені би цього хотілося ти запитуєш чому я часом
можу бути дуже весела а часом потребую так багато мовчати ти питаєш
чому мені так тяжко до тебе говорити послухай як складно мені
говорити з Богом а я ж його знаю вже так багато років а втім досі
не певна ні щодо його віку ні щодо імені я знаю тебе так мало
що певно було би майже абсурдно вже навчитися до тебе говорити
ліпше ніж до Бога котрому досі доводиться вчити мене так багато речей
так терпляче підтримувати мене за лікоть коли я послизаюся на бруківці
в своєму й у чужих містах і котрий ніколи ні в чому мені не докоряє
Бог довгоногих фламінго і продавців консервованих персиків
3 (4)
ty widzisz jak jest mi trudno rozmawiać z Bogiem chociaż znam go
od tak wielu lat nie udaje mi się nawet mówić do niego po imieniu
gdybyś zapytał co on lubi i czego nie lubi nie umiałabym
tobie odpowiedzieć na pewno byłabym zmuszona zgadywać i ty
wreszcie powiedziałbyś dziewczynko nie fantazjuj Bóg nie może lubić
brzoskwiń w puszce i nie może nie lubić długonogich flamingów
ty słyszysz jak ja próbuję rozmawiać z Bogiem widzisz jak my czasem idziemy
we dwoje do kawiarni siadamy przy oknie ja wiem ty wchodzisz do sklepu
po drugiej stronie ulicy albo przystajesz obok kiosku z gazetami kupujesz
poranną gazetę i udajesz, że czytasz najświeższe wiadomości a naprawdę
z uwagą oglądasz jak się uśmiecham patrząc się jemu w twarz albo jak on
obejmuje mnie ramieniem kiedy wychodzimy na dwór i on na koniec
całuje mnie w czoło mówi miej dobry dzień moje dziecko on mówi
że zawsze będzie mnie nazywać dzieckiem nawet wtedy kiedy będę miała ponad
osiemdziesiąt lat i kiedy może nawet nie będzie obok nikogo kto mógłby mówić
mi na ty on i tak będzie nazywać mnie dzieckiem ty widzisz jak ja
czuję radość kiedy udaje mi się ta rozmowa przekazuję swoim siostrom
jakoś wieczorem przy herbacie od Boga pozdrowienia albo piszę do nich listy kiedy są
daleko ode mnie ty widzisz jak jest mi smutno jak zaczynam tęsknić kiedy on
długo nie przychodzi ty wtedy mówisz że on nie może przychodzić
zawsze kiedy ja bym tego chciała pytasz czemu ja czasem
mogę być bardzo wesoła a czasem tak dużo potrzebuję milczeć pytasz
czemu jest mi tak niełatwo do ciebie mówić posłuchaj jak trudno mi
rozmawiać z Bogiem a przecież znam go już tak wiele lat a jednak wciąż
nie mam pewności ani co do jego wieku ani co do jego imienia znam ciebie tak mało
że pewnie byłoby prawie absurdalnie już nauczyć się do ciebie mówić
lepiej niż do Boga który wciąż musi uczyć mnie tak mnóstwa rzeczy
tak cierpliwie podtrzymywać mnie za łokieć kiedy ja poślizgnę się na brukowanej uliczce
swojego i obcych miast i który nigdy niczego mi nie wypomina
Bóg długonogich flamingów i sprzedawców brzoskwiń w puszce
( Більше )( більше )
Tania Malarczuk, Lepus europaeus (zając)
1.
Tylko co zaczęło się ściemniać. Halszka Hulewycz krzyknęła do klientów, którzy tłoczyli się wokół jej budki z warzywami:
– Zamykam już! Nie stójcie w kolejce! Na sąsiednim stoisku jest wszystko to samo! Idźcie tam!
Halszka nie cierpi tej dzielnicy, i tego bazaru, i tej klienteli, ludzi, którzy przychodzą tylko po ziemniaki.
– Ty im i pomarańcze, - mamrocze Halszka pod nosem – i mandarynki, i kiwi, i trycyny, i najlepsze banany i nawet brzoskwinie w marcu! A oni biorą jedne jedyne ziemniaki. Ziemniaki to w tej okolicy podstawowy produkt. Ziemniaki są tu warzywami, owocami, i mięsem.
Halszka, ze świeczką w jednej ręce, i papierosem w drugiej, naprędce zaczyna zbierać niesprzedany towar do skrzynek na jutro.
Na ziemniakach za dużo nie utargujesz – burczy dalej – Ziemniakami na mieszkanie nie zarobisz. Do Truskawca na wypoczynek nie pojedziesz. Dobrych kosmetyków sobie nie kupisz. I dlaczego ziemniaki są takie tanie? Gdyby były drogie, jak brzoskwinie w marcu, o!, wtedy sprzedawałabym je z radością. Myłabym je, szorowała aż do błysku, zraszała wodą, albo… albo co mi tam, nawet na jakieś tanie perfumy bym nie poskąpiła. Ziemniaki nie są zresztą takie złe. Szybko się gotują, mają przyjemny, delikatny smak, świetnie pasują do każdego rodzaju mięsa, i w ogóle do wszystkiego pasują, jeśli nie jeść ich na słodko. Ziemniaki można gotować, smażyć, zapiekać, dusić, trzeć i faszerować. Czy marynować nie wiem. Ale po co marynować ziemniaki? Przez cały rok jest ich do licha i trochę, nic tylko rzucać nimi o ścianę albo zabijać muchy. I skąd się ich tyle bierze? Gdyby było ich mniej, to były by droższe. Popyt – podaż. Znam się na tym. – Halszka uśmiecha się do siebie. – O, gdyby tylko ziemniaków było mniej!... Co prawda pojawia się pewien problem… Konsumenci ziemniaków nie zapłacą więcej. Ja już ich znam – to sknery i obdartusy. Po prostu przerzucą się na makaron. A makaron – to już nie moja parafia. Po makaron idzie się do spożywczego. Ja sprzedaję tylko warzywa i owoce.
Halszka zdejmuje swój utytłany fartuch, ubiera swoją wiosenno-jesienną kurtkę, niedbałym ruchem poprawia fryzurę, odpala nowego papierosa od poprzedniego i zamyka interes na kłódkę.
- Jutro mnie nie będzie – krzyczy Halszka do handlarki obok.
- Jak to?
- Ważne sprawy!
- No ale pomyśl, warzywa pogniją. Trzeba sprzedać.
- Nie pogniją. Są chemiczne.
- Moje tam nie gorsze, ale i tak gniją, niech je cholera bierze.
- A pryskasz je?
- A czym?
- A-a-a! – odpowiada Halszka wieloznacznie i sobie idzie.
( Читати далі )
Коли читаю блог полської жінки, яка одружена з Турком, живе в Туреччині, в них маленька донька, вони щасливі – мені не віриться. Я чула принаймні одну вкрай страхітливу історію про шлюб Польки з Турком і не можу повірити: нормальний чоловік, родинне щастя, ніякого психічного знущання над жінкою, ніякої метаморфози коханого в монстра, врешті – все на те вказує – доволі партнерські відносини між подружжям. Хіба таке можливе?
Коли читаю, що «у Сомалі ісламський суд заборонив жінкам плавати у морі», а «у Саудівській Аравії хочуть усунути жінок від роботи в ЗМІ», що «В бесіді з арабом, навіть якщо ви давно і дуже добре його знаєте, постарайтеся ніколи не ставити питань про його дружину», що «мусульманка повинна ховати від чоловіка привабливість свого тіла за допомогою строгого вбрання», яке – читаю далі – «символізує її жіночність», що спілкування між мусульманкою і чужим її чоловіком заради задоволення від «різностатевої компанії» – гріх; коли читаю як запобігливо там, на Близькому сході зорганізовано життя, щоб шляхи жінки і чоловіка якомога найменше перетинались (не кажу вже про чоловічі і жіночі стрефи в храмах, лікарнях, школах, громадському транспорті, там навіть доми побудовано так, щоб чоловіки - гості господаря, проходячи з ним до вітальні не побачили часом його жінки в повсякденному вбранні!), отож, коли читаю про це все – в мене немає забагато толерантності. В місце пошани для старовинної, багатої культури, яка виростає з інших джерел ніж наша, європейська, я відчуваю радше глибоку незгоду на таку елементарну несправедливість, на таке санкціоноване порушення прав людини. Тільки, що це несправедливість і це порушення прав людини – з точки зору цієї ж європейської культури (або пафосно – цивілізації).
І це мене хвилює. Як людина, яка вважає себе відкритою і толерантною щодо геїв, лесбіянок, транссексуалістів, національних меншин, людей будь-якої раси та конфесії, я підсвідомо переконана в тому, що жоден турок не здатний на те, щоб вийти поза межі своєї культурної ролі, що шлюб європейки з турком не може бути щасливим. В мене небезпечне тяжіння до навязування ісламському світові європейських правил та норм, хоча – з другого боку – ніколи не схвалювала американського проекту прищеплення народам Іраку та Афганістану європейського взірця демократії.
(ad fontes)
http://gazeta.ua/index.php?id=135858
www.politikan.com.ua/2/7/0/4090.htm
www.ukrtrade.info/ua/arabic/detail.php
islam.in.ua/15/ukr/full_articles/48/page/5/i
Тарас Прохасько пам’ятає свої найголовніші мрії і марева у війську. «Коли на броні панцерника можна було смажити яєчню, я мріяв про холодні гірськи потоки, сніг на гірських гребтах, сині басейни, вентилятори у просторих кімнатах із завішеними від сонця вікнами, сифони з охолодженими напоями, дощі, прогулянки засніженим лісом.»
Коли в кімнаті немає чим дихати, навіть при широко відчинених вікнах та дверях, я намагаюся не думати про спеку за вікном, повітря густе і липке мов гарячий соус до печені, «тепле ліжко, напалені печі, спання з кітками, розпечений пісок, гарячі вина і зупи, пухнасті светри і шапки, багатогодинні гарячі ванни».
Зрештою, ми з котом ще не оволоділи мистецтвом спати вдвох настільки поруч, щоб кіт мене грів.